Wietnam - część 1 - Atrakcje Mui Ne

Wietnam. Wszędzie można przeczytać ze jest to jedna z ulubionych destynacji Europejczyków. Tam wszystkie znudzone mieszczuchy mogą choć raz w życiu dostać pokój z karaluchem w gratisie, zjeść szczura na ostro bądź pociumkać przepyszną grillowaną kurzą łapkę. A że my z naszego miejskiego, acz nadal zaściankowego grajdołka czasem chcemy uciec i też się europejsko poczuć, to jedziemy! Nie bez znaczenia jest fakt, że Wietnam to miejsce, gdzie nie będziemy musieli ciągle udawać, że te kolejne wydane na żarcie na mieście dwie stówki to dla nas pikuś i gdzie nawet mój englisz to aż nadmiar umiejętności robiący dobre wrażenie na moich dzieciach! Ha!

No, a poza tym Wietnam to jednak egzotyka, wokół same uśmiechnięte, serdeczne twarze (nawet jak na nogach butów nie ma) i wciąż jeszcze przepiękna natura, więc się skusiliśmy. I nie żałujemy!
Nasza czterotygodniowa podróż należała do bardzo udanych. To był taki energetyczny kopniak i wspaniałe oderwanie od naszej polskiej, acz już często pomijanej pory roku, jaką jest przedzimie! Które, nie zapominajmy, często pogodowo przesuwa się aż do...przedwiośnia! Tak, proszę Państwa, mamy to! Wilgoć i wiatry przeszywające na wskroś, szary dzień, który jeszcze się na dobre nie zaczął, a już się kończy, słońce w tabletce witaminy D!...no nic tylko pakować się i spierdalać!

Wietnamskie widoki
Wietnam - zachód słońca

Nie należy jednak zapominać, ze wyjazd do Wietnamu z Gówniakami, nawet jeśli jesteśmy zwykłymi turystami, a nie ambitnymi podróżnikami, może nam przysporzyć niespodzianek. Albo sytuacji, których wolelibyśmy NIE przeżyć. Albo które o dziwo wszyscy przeżyliśmy, ale tylko i wyłącznie jakimś psim swędem...
No na przykład takie MUI NE. Wszyscy tam jadą, bo to jedno z wietnamski must see (zwłaszcza jak się ma dzieciaki). Czerwonych i Bialych Wydm nie sposób pominąć. Mi jednak ta przeurocza miejscówka kojarzy się raczej z innymi...atrakcjami...

Mui Ne - co zobaczyć
Rybacy w Mui Ne

  1. Dzikus na fali
Woda to żywioł naszego Tymona. Nawet jak się bał, to zakładał kamizelkę, koło i motylki i tak potrójnie zabezpieczony, ku uciesze innych, skakał z pomostu na głębokie. Od kiedy zaczął pływać koło i motylki to obciach, no chyba że zabierane na złość siostrze...Nawet przygoda z topieniem się niespecjalnie go obeszła...

Muin Ne plaże
Niebezpieczna kompiel w Mui Ne
Także, jak tylko dotarliśmy do Mui Ne i zeszliśmy na plażę (na tyle niezaśmieconą, że zdatną do plażingu), Tymon oszalał. Te FALE!!! No i niestety, Mój Stary, jakby nagle wyłączył mu się jakiś przełącznik pod czaszką i jazda za Księżuniem!!! A morze po południu staje się groźne. W pewnym momencie w  morzu nikt się już nie kąpie. Tubylcy wyczuwając kolejne jeszcze większe fale, które w planach miały zalać nawet przybrzeżne bary i restauracje, zaczęli zabezpieczać się workami z piachem...Z tych worków powstała ala bariera od morza, ale woda oczywiście i tak się wlewała, co utworzyło bajorko na plaży. Wykorzystały to miejscowe dzieciaki (które miało też w kamizelce), więc i nasze chłopaki tam poszły. Woda po pas, ubaw po pachy! Raz po raz do bajorka wlewały się fale, rzucały dzieciakami na lewo i prawo...coraz większe, i większe, i większe...Stoję jakieś czterdzieści metrów dalej i widzę, że nadchodzi kolejna ogromna fala, zalewa wszystko...i nagle Księżunia nie ma, podnosi się tylko Mój Stary...i po wydostaniu się z fali zaczyna rozglądać się w amoku w poszukiwaniu swojego synka...Stoję jak wryta, ale Mój Stary już nie stoi...leci, bo już go cudem wyłapał jednym okiem...poza barierą z worków, dziesięć metrów dalej, w morzu! Tuż przed tym jak go przykryła kolejna fala złapał go, wyjął, wylazł z morza i bajorka...Ja dalej stoję i oczom nie wierzę...

No i najlepsze: nie żeby Tymon – wodny Dzikus na dłużej się przestraszył! Jego komentarz był prosty: ale to było kozackie!

Dzieci - turyści w Wietnamie
Mój Kozak!

No, może i było, ale jednak zalecałabym dużą ostrożność z dziećmi w w morzu tym rejonie. Nawet mieszkanie blisko plaży budziło w naszym młodszym Potworku strach. Fale grzmiały tak, że Klarę ciężko było wieczorem zostawić samą z bratem w bungalow i spokojnie spić browarka na tarasie! No, a przecież każdy ma swoje priorytety!


  1. Kolacja ze szczurem w tle
Co prawda nas to spotkało w okolicach Mui Ne, ale w Wietnamie zapewne taka atrakcja jest możliwa wszędzie (oprócz restauracji hotelowej, więc warto z niej wyleźć). I nie jest to z mojej strony szydera. Naprawdę traktuję to, z perspektywy czasu oczywiście, jako niezłą bekę!
Siedzimy w przybrzeżnej knajpie. To duży lokal, jest sporo ludzi, wybieramy go ze względu na widok na morze. Właściwie, jak się wkrótce okazuje, zupełnie bez sensu, bo mija dziewiętnasta, szybko zapada zmierzch i morza właściwie nie widać, tylko słychać...ale jest miło, ceny są spoko, więc zamawiamy.

Rodzinka w Wietnamie
Wieczorny chill

Kto kiedykolwiek był ze mną jeść na mieście ten wie, że w moim przypadku zamówienie to nie jest prosta sprawa...Sama ze sobą mam problem, a jeszcze idąc z rodziną dochodzą dwa czynniki utrudniające tą arcytrudną kwestię: po pierwsze moje ukochane wybrzydzalskie Potwory i ściśnieniowany mąż – zadaniowiec, który chce po prostu zjeść, a ja wydłużam już na wstępie...więc zaczyna wydawać z siebie jakieś dziwne nieartykułowane dźwięki...co odbieram jako wywieranie presji...i już się pocę...

No, ale w końcu się udaje i zamówienie zostaje złożone. Normalnie w restauracji ten etap wspólnej kolacji jest najprzyjemniejszy: już pierwszy stres mamy za sobą, do stolika przychodzą zimne napoje na orzeźwienie: dla nas niezbędna dawka alku, dla Bachorków niezbędna dawka cukru lub bąbelków do bekania, lub dwa w jednym. Jeszcze też nie przeszliśmy w fazę pt.: „Tego nie będę jadł!”, więc możemy na luzaku oddać się wpatrywaniu w morze, którego nie widać, słuchaniu fal i niezobowiązującej rozmowie z fejsem.

W tej knajpie jednak siedliśmy w stoliku stosunkowo daleko od kuchni (gdzie pałętało się dużo osób), a blisko ogrodzenia...za którym stały śmietniki, a właściwie same śmieci popakowane w worki...taki wietnam – stajl. Do obecności śmieci WSZĘDZIE już byliśmy przyzwyczajeni, więc nawet nie zwróciłam na nie specjalnej uwagi zasiadając do stolika...ale jak się okazało, to było kluczowe. Bo nagle ze śmietników tych zaczęły w kierunku resztek pod stolikami wybiegać szczury...Co ciekawe, obsługa jakby w ogóle nie zwracała na nie uwagi...norma, szczur też człowiek, też w knajpie zjeść musi...

Specjały Wietnamu - owoce morza
Wspaniałe owoce morza!


Siedzące niedaleko Niemki od razu odsunęły talerze i zaczęły podkulać nogi (miały szczęście, już kończyły jeść). „Jezu, chodźmy stąd!” wymamrotałam, bo moje odziane tylko w japonki stopy nagle poczuły się jakoś dziwnie zagrożone...ale Mój Stary zgasił mnie w swoim stylu. Do mnie burknął cicho: „Błagam cię, tylko nie próbuj dzieciakom swojej jazdy sprzedać”, a do trzyletniej córusi głośno i z uśmiechem na ustach: „Zobacz Klarka, widziałaś kiedyś prawdziwego szczura? Zobacz, tam pod stołem siedzi, zobacz jaki duży!” No Miszczu! Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale Klarusia – normalnie paniusia - trochę w obawie, ale jednak jest pod wrażeniem, WOW SZCZUR!

Nie chcę zonga ze Starym i kolejnej jazdy z szukaniem miejsca i zamawianiem, więc zostajemy...

O Księżunia właściwie nie musieliśmy się obawiać. Jego reakcja była o tyle dla niego typowa, co dla nas zaburzająca, bo oto on po prostu chwycił moją leżącą na stole komórkę i rozentuzjazmowany stwierdził lekko: „Idę go skamerować”! No i poszedł. Na szczęście nie na boso. Latał po całej knajpie, czaił się przy śmieciach. Filmik, choć słabej jakości, był pełen grozy, kamera latała jak w „Blair witch project”, słychać było głośny oddech Tymona, jego szeptane komentarze i raz zobaczyć można było nawet przebiegającego szczura... Niemki patrzyły na niego jak na wariata, ja zresztą też...bo szczury były obrzydliwe, prawie w ogóle się nie bały, wchodziły nawet na krzesła...pierwszy raz widziałam nie przemykające się, lecz biegające w podskokach szczury!
I wtedy nadeszło nasze zamówienie. Pani grzecznie życzyła nam smacznego, po czym z uśmiechem na ustach wycofała się do kuchni przeganiając po drodze szmatą jednego szczurzyka...

I, o dziwo, było pyszne...choć potem przeszło mi przez myśli „Czy to był na pewno kurczak...?”

Street food w Wietnamie
Street food - sanepidu ni widu ni słychu :)

Komentarze

Popularne posty