Narciarskie faux pa – czyli cyrkowe must have!

  1. Narty w Polsce
Hmm, może jeszcze niedawno takie sformułowanie miało sens, bo choć nasze góry narciarzom zadu nigdy nie urywały, to jednak białego puchu nie brakowało, trochę bliżej niż w Alpy, a i koszty rodzinnego wyjazdu i nauki opanowania szalonych dwóch desek różniły się jednak od tych francuskich czy włoskich. Dziś śnieg, nawet w górach, jest jak kobieta, a ta wiadomo – zmienną jest. I do tego lubiącą pogodową stabilizację i luksus, a z tym u nas coraz słabiej. Nic więc dziwnego, że śnieg też potrafi puścić focha! No, ale cóż – sorry, taki mamy klimat!
Planowanie rodzinnych nart w Polsce może skończyć się więc dzisiaj na łażeniu po śniegobłocie w poszukiwaniu bardziej ośnieżonej górki na sanki dla dzieciora, a same narty z kolei mają dużą szansę, by stać się slalomem gigantem między wyłaniającymi się spod śniegu kamieniami i plackami ziemi. Oczywiście, żeby jakoś zracjonalizować sobie fakt wyrzuconych dosłownie w błoto pieniędzy możesz potraktować ten wyjazd jako najlepszy narciarski trening... po czymś takim wszędzie będzie już tylko lepiej!
Narciarze w Beskidzie Sądeckim
Narciarze w Tyliczu

Wielce prawdopodobne jest też, że po takim doświadczeniu narty zbrzydną Ci na kolejne parę lat, więc i ryzyko złamań zmniejszy się radykalnie, i wydatki związane ze sprzętem będą z głowy, a nawet i ewentualne zimowe rozterki pt. jedziemy pod palmę, czy na stok wreszcie się samoistnie skończą.

  1. Narty z małymi dziećmi
Zakładam, że jednak zaplanowałeś narty i masz śnieg. No super. I w tym miejscu większość rodziców popełnia karygodny błąd – zabiera na te narty swojego dzieciaka, albo co gorsza dzieciaki! W liczbie mnogiej! Oczywiście ci normalni chcą po prostu pokazać im zimę, bo jej z zeszłego roku maluch nie pamięta, a może już za kilka lat śniegu i w górach nie będzie... Pozostali, co ambitniejsi, mają plan nauczenia potomstwa jazdy na nartach! Oczywiście kończy się to tym, że zamiast delektować się w spokoju naturą i szlifować własne umiejętności narciarskie, Ty pierwsze dni spędzasz na wmawianiu zaryczanemu bąblowi, że te buty to wcale nie są twarde, że to poboli i przestanie, potem na wycieraniu mu gila spod czerwonego nosa w trakcie ataku furii (Nie umiem! To jest glupie!), a na końcu na oślej łączce, skąd zapewne, jak się zaprzesz, to uda wam się nawet razem zjechać. Oczywiście, w międzyczasie wielokrotnie wylądujecie po prostu na sankach, czyli Ty z nauczyciela narciarstwa staniesz się w jednej chwili koniem pociągowym. Taka atrakcja!
rodzina na sankach
Idziemy na sanki!

Przy odrobinie szczęścia nauczysz wprawdzie swe latorośle przynajmniej jeżdżenia pługiem, a i wspólny czas na sankach może mieć swe mocne strony, ale nie łudź się – to NIE są prawdziwe NARTY!
Pomijając już fakt, że w przerwie zamiast wygrzewać się w słoneczku na leżaczku, albo wylądować na piwku w góralskim barze kończysz z rozkrzyczanym bahorkiem na gorącej czekoladzie...i z rozrzewnieniem patrzysz tylko na gości obok spokojnie spijających browarka, którzy, co widać na pierwszy rzut oka, przyjechali na narty WYPOCZĄĆ!

  1. Przedszkole narciarskie
Niektórzy rodzice jeżdżący na nartach znają swe narciarskie umiejętności, siebie samych i to, co im się w domu plącze pod nogami na tyle, że wiedzą od początku, iż wspólna nauka jazdy na nartach może się w ich przypadku skończyć rozlewem krwi. Tacy rodzice posyłają dzieciaki po prostu do szkółki narciarskiej. Dla najmłodszych zwanej też przedszkolem narciarskim. Standardowo trzy godziny dziennie z instruktorem narciarstwa przez pięć kolejnych dni...
przedszkole narciarskie Masterski
Dziewczynki z Panem Żabką - ukochanym instrukorem!

Noooo, moi mili. Tego grzechu to już tym wyrodnym rodzicom nikt nie odpuści! No bo, nie oszukujmy się, po co oni to robią? No, żeby mieć czas dla siebie! Żeby te przedpołudnia na gazetce, albo na własnych nartach spędzić! Szczyt egoizmu! I posyłają te maluszki, samiuteńkie, całe w strachu, w nieznane, do obcych na dodatek! A taki instruktor to może i jeździć potrafi, ale jak dziecko do mamy zapłacze? Jak się skarbeńkowi przypomni, ze siku chce, albo co gorsza, że od rana ani razu nie miało możliwości pomarudzić sobie nawet? Co wtedy? To już będzie trauma dla skarbeńka na całe życie, a my – odpowiedzialni, kochający rodzice nie możemy do tego dopuścić! To już lepiej niech się w ogóle na nartach nie nauczy! Albo z tatą! O! (z moich obserwacji wynika, że to jednak ojcowie podejmują się częściej tego karkołomnego zadania) I tu wracamy do punktu 2...
najmłodsze narciarki w Tyliczu
Najmłodsze narciarki atakują!


No tak...
Faux pa dla naszej rodziny to chleb codzienny więc oczywiście zaliczyliśmy wszystkie te trzy punkty.
Ja wymyśliłam sobie w tym roku wyjazd na narty w Polskę, choć sensownej zimy nic nie zapowiadało. I o dziwo, kiedy my mogliśmy podziwiać ośnieżone stoki Beskidu Sądeckiego prawie cała reszta kraju marzyła tylko o białym puchu, kiedy my jeździliśmy na nartach znajomi w Karpaczu spoglądali smętnie na topniejący tam śnieg.
Cały wyjazd na narty oczywiście zaplanowaliśmy z dziećmi. No bo jak robić Cyrk Na Kółkach (a właściwie na nartach) to w pełnym składzie! Naturalnie oprócz nart były też sanki, ale dla całej naszej czwórki - mieszkającej na bezśnieżnej obecnie północy Polski takie sanki to dzika frajda!
wypadek na sankach
Trochę było za szybko...

Same narty – no cóż, tu mieliśmy najwięcej wątpliwości, bo Mój Stary i Tymon – nasz Księżunio przerabiali już swego czasu wspólną naukę... W tym roku chcieliśmy uniknąć kolejnej wojny domowej, więc nauczeni doświadczeniem od razu zapisaliśmy nasze potwory do szkółki narciarskiej. Efekty przerosły nasze oczekiwania! I tak, owszem, z premedytacją i egoistycznie sami spędziliśmy czas ich lekcji na przyjemnościach! Cudowna sprawa! Polecam wszystkim rodzicom! 
Najlepsze narciarskie faux pa ever!
narciarze z instruktorem
Tylicz - Tymek ze swoją narciarską ekipą 

Komentarze

Popularne posty