Na odludziu w czasach zarazy - odkrywamy Słowiński Park Narodowy


Koronawirustime. Papier i makaron znika z półek sklepowych. Media trąbią już tylko o zagrożeniu. Mąż na przymusowej kwarantannie po powrocie z zagranicy (wyjechał na 5 dni, a zobaczymy się po prawie trzech tygodniach). Dzieciaki już wynudzone siedzeniem w czterech ścianach. Ze znajomym witam się na ulicy łokciem. Wszędzie #zostanwdomu. Przeraża mnie to, a przecież to dopiero początek postu od życia...
Nie ma sensu siedzieć w mieście. Miasto w czasach zarazy nie oferuje nic. Zbieram więc manatki i z parą przyjaciół jedziemy „na domek”. Wiem, że na słowo „przyjaciele” niektórzy pukają się w tym momencie wymownie w głowę, ale myślę, że wejście do biedry jest obecnie większym zagrożeniem. Zabieramy więc naszą trójkę dzieciaków i jedziemy. Na zupełne odludzie. Czeka nas tam tylko las, zalane łąki, wydmy i plaże - Słowiński Park Narodowy. Jest okazja i chcę ją wykorzystać. Chcę chociaż na chwilę oderwać się od koronawirusomantry.

leśne spacery - urocze strumienie leśne
Las Słowińskiego Parku Narodowego

Domek znajomej znajduje się trochę ponad dwie godziny od Trójmiasta. Widać z niego jezioro Gardno. Najbliżsi sąsiedzi w odległości stu metrów. Do najbliższej wsi piętnaście minut z buta. W ogrodzie huśtawka. Taras zlany słońcem. Wnętrze całe w drewnie, ale jasne dzięki przeszklonej ścianie. Masa lokalnych gadżetów zbieranych przez lata gdzieś tu po okolicznych wsiach. Nawet pościel w kaszubskie wzory. Uroczo. Oddychamy z ulgą.
Przez kolejne trzy dni robimy to, co lubimy: w dzień łazimy po parku, wieczorem rżniemy w karty. Oczywiście już bez dzieci ;)

Rodzinka na spacerze
W drodze na plażę

Dzień pierwszy. Zaczynamy ambitnie. Łączna trasa 6 km przez las do przybrzeżnych wydm i plaży i z powrotem. Trzyletniemu Guciowi nogi szybko odmawiają posłuszeństwa, więc on równie szybko odmawia posłuszeństwa nam. Ostatkiem sił on i moja Klarcia docierają jednak do plaży... i wtedy (jak zwykle na plaży) staje się cud. Kiedy my – staruchy chcemy na chwilę przysiąść, odsapnąć i porozkoszować się widokami, nasze dzieciaki dostają motorki w zadki i nijak nie jesteśmy w stanie nakłonić ich do odpoczynku. Wydmy robią swoje i cała nasza trójka namiętnie już się po nich turla! Z bananem na gębie i piachem w gębie! 

spacer po plaży
Na plaży

na plaży
Znowu fota?

Co prawda ostatnie turlańsko wymyka się im i nam spod kontroli i najmłodszy Gucio kończy je na drzewie, ale spokojnie, żyje. Przełyka resztę piachu i grzecznie, za rączkę udaje się w drogę powrotną. Tam oczywiście następuje ponowny kryzys najmłodszych, więc ostatni kilometr my - rodzice robimy podwójnie, bo z dzieciakami na barana. Po drodze do domu zatrzymujemy się jeszcze przy punkcie widokowym, by pooglądać stamtąd dzikie gęsi nad jeziorem Gardno. Dzień wyczerpujący, ale piękno Słowińskiego Parku Narodowego wynagradza nam ten trud! Jest fantastycznie!

rodzinnie na plaży
Sweet - selfi

Dzień drugi. Poranek spędzamy na zabawie, tzn. my pijemy spokojnie kawkę, a nasze bachorki skaczą po łóżkach na antersoli tak długo, dopóki nie odkrywamy, że na dole leci przez to tynk z sufitu... Potem uskuteczniamy już tylko błogie leniuchowanie i karty w czasie drzemki najmłodszych. Popołudniu zainspirowani miłością dzieciorów do piachu postanawiamy udać się na najbliższą ruchomą wydmę – Wydmę Czołpińską. Od parkingu idziemy lasem zaledwie trochę ponad 2 km i już jest! Niestety, kiedy do niej docieramy, mimo że jest zniewalająco pięknie, słyszę od mojego dziewięcioletniego Księżunia „oszukałaś mnie!” - Przez wydmę bowiem prowadzi jedna jedyna, wytyczona trasa i po reszcie wspinać się nie można. Turlać też nie. Wokół zniewalające, pustynne krajobrazy, ale oczywiście, dziewięciolatka ciężko zadowolić. Nawet w tak cudownym miejscu potrafi marudzić! Biorę głęboki oddech, żeby mu spokojnie wytłumaczyć... 

Ruchome wydmy
Wydma Czołpińska
Na szczęście Tymon po chwili wycofuje się ze swej wstępnej roszczeniówki i daje się uwieźć temu magicznemu miejscu. Tego dnia wyjątkowo nie ma jednak słońca, mocno wieje jak na krainę wody, wiatru i piasku przystało, więc szybciej zwijamy się do domu.
Dzień trzeci. Znów świeci boskie słońce! Zabieramy się więc autem do Kluk nad jeziorem Łebsko. W planie mamy przede wszystkim tamtejszą platformę widokową. Niestety, ze względu na brak melioracji (zgodnie z ideą funkcjonowania parku narodowego) tamtejsze łąki zalane są do tego stopnia, że dostanie się na punkt widokowy jest niemożliwe... 

foty na zalanych łakach - jezioro Łebsko
Uśmiech proszę!

Z daleka więc oglądamy jezioro i wracamy przez wieś w stronę samochodu. Po drodze jednak nieoczekiwana atrakcja: zaczepia nas zapewne tutejszy pan traktorzysta, który nie omieszkuje przypomnieć nam, że żyjemy w czasach zarazy i paranoi jednocześnie. I po prostu opierdziela nas za to, że ośmielamy się (jako jedyni zresztą) chodzić po jego (również jedynej) wiejskiej ulicy... Myślimy – świat oszalał! Nawet przechodząc przez pustą wieś, musi nam ktoś przypomnieć, że mamy się zamknąć w domu... Skręcamy więc znów do lasu, w lepszy świat, na ścieżkę edukacyjną „Klucki Las”. Prowadzi ona przez reliktowy las bukowo – dębowy, obszar ochrony ścisłej. Znów jest zniewalająco pięknie, znów oddychamy z ulgą. 

klucki las - na ścieżce edukacyjnej
Lekcja przyrody w praktyce :)

widok na jez. Łebsko
Widok na Jez. Łebsko

Przez Klukowe Buki dochodzimy do wieży widokowej nad jeziorem Łebsko. Tu już nic nie jest zalane i możemy z góry obejrzeć jeszcze dokładniej cały krajobraz. Siedzimy chwilę na wieży, jemy obiecaną dzieciakom czekoladę, strzelamy foty, upajamy się widokami i wracamy. Moglibyśmy iść dalej, przez kolejne punkty ścieżki edukacyjnej, ale całość trasy ma 5km, a musimy jeszcze dotrzeć do miejsca, gdzie zaparkowaliśmy samochód. Ze względu na dzieciaki wybieramy więc tą samą drogę, bezpośrednio do auta.

Kolejny dzień to już dzień powrotu. Pakujemy się niechętnie i wracamy do miasta. Do koronawirusa. Do #zostanwdomu. Wszystko wraca do koronanormy. Kolejny koronawirusdzień za mną i kolejny przede mną. Są takie same. Piątek, świątek czy niedziela. Bez różnicy. I tak robimy to samo.

Dla tych, co mają możliwość pozostaje jedynie wyrwać się czasem na odludzie. Albo wrócić myślami do udanych wyjazdów, które są już za nami. Polecam spisanie ich sobie. Tych chwil, kiedy mogliśmy oddychać pełną piersią i nie baliśmy się jeszcze drugiego człowieka. To pomaga na chwilę chociaż wyrwać się z obecnego marazmu, z obłędu, z koronawirusa. Podejmijcie to wyzwanie! Naprawdę warto!

Komentarze

Popularne posty