Rowerowo na Mierzei Wiślanej, czyli my jedziemy, a Księżunio ma jazdy ;)

Niedziela. Ciepły wrześniowy dzień. Mamy już na niego plan: w końcu wypróbujemy ścieżkę rowerową wzdłuż Mierzei Wiślanej, czyli część trasy R10 wiodącej wokół Bałtyku. Cała trasa po Mierzei to trochę ponad 50km od Mikoszewa do Piasków. Właściwie wycieczkę można rozpocząć już w Gdańsku, ale to kolejne dzieścia kilometrów do pokonania, także to opcja dla a) bardziej wytrzymałych niż ja b) dla szczęśliwych bezdzietnych. Teoretycznie można również z Gdańska przedostać się do promu w Świbnie (prom łączy Świbno z Mikoszewem) zwykłym autobusem miejskim, ale realnie nie da się tego zaplanować, bo tylko niektóre autobusy zabierają rowery, a nigdy nie wiadomo, kiedy takowy będzie jechał. Czyli standardowo po polsku. Nasza pierwsza próba przedostania się do Mikoszewa promem skończyła się kłótnią z kierowcą, który, choć miał pusty autobus, nie chciał nas wziąć. Także tym razem postanowiliśmy zrobić inaczej.

Rowerem po Mierzei Wiślanej
Mega widoki!

Tym razem, z uwagi głównie na naszego najmniej wprawnego rodzinnego rowerzystę - Tymka lat 10, postanowiliśmy skrócić trasę i jechać tylko odcinek Sztutowo – Krynica Morska (około 20km w jedną stronę). Jako, że dysponujemy busem nie było to trudne. Rowery na pakę i w drogę! 

W Sztutowie parkujemy i już zaczyna się pierwsza jazda. Ale nieee, nie ta rowerowa, tylko ta z kategorii: jak zepsuć starym humor. Nasz dziesięciolatek – specjalista w tej dziedzinie - zaczyna: „Ale po co my jedziemy?!”. I jeszcze nie wsiadł na rower, a już wie, że to bez sensu, za daleko i wcale nie będzie fajnie. Patrząc na jego wykrzywioną gębę trudno się z nim nie zgodzić. Tu należałoby nadmienić, iż nasz rozkapryszony, acz ukochany syneczek, nasz wielmożny Księżunio, z którego  można było nawet skręcić bekę i on sam się z niej śmiał, obecnie przechodzi metamorfozę. Przeistacza się w typowego nastolatka, czyli bachora niedowytrzymania, za którego humorami winniśmy ślepo podążać, bo jak nie to w trąbę. 

dzieci i rowery
Klara jeszcze nie wie, na co się pcha!

Staramy się jednak nie dać sprowokować już na starcie jego jękom i złemu humorowi i wyruszamy. Mój Stary ciągnie w przyczepce rozanieloną z tego powodu Klarę, ja z tyłu biorę na klatę jazdeczki synalka. No więc mam, co chciałam: A to siodełko niewygodne, a to pić się chce, a to górka za wysoka... Pofalowanie terenu jest, fakt, miejscami problematyczne, ale trasa jest niezwykle malownicza. Mijamy Kąty Rybackie, gdzie jako nastolatka spuszczona z rodzicielskiej smyczy spędzałam każde wakacje, potem jedziemy przez las. Świeżo ścięte kłody sosen pachną niesamowicie!

kłody drzew
Ścięte sosny - co za zapach!

Po drodze zahaczamy jeszcze o punkt widokowy  na przekopie Mierzei. Znajduje się on od strony zatoki. Z góry widać rozmiar tej inwestycji. Oczywiście dzieciaki praktycznie nie są zainteresowane tym, co widzą. Dla nich to raczej tylko kolejna wielka budowa... „Niezła piaskownica” - kwituje Tymon. 

trasa rowerowa po Mierzei
Leśne aleje

Czas ruszać dalej. Jedziemy lasem, z górki, pod górkę, z górki pod górkę... Tymon oczywiście nie słucha moich rad i uparcie nie zmienia przerzutek. Finał jest oczywiście taki, że z jęzorem na wierzchu rzuca rowerem. No cóż, trochę teatru też po drodze musimy zaliczyć ;) Przed nami najpiękniejsza część trasy: po wydmach, tuż przy plaży. Widoki nieziemskie! Biały piasek, plaża bez żywej duszy, morskie fale uderzające o brzeg! Jest pięknie! Na tym etapie nawet Księżuniowi zeszło ciśnienie. „Taaak, jest pięknie” - przyznaje cicho. 

Chlopak na rowerze
Byle do przodu!

Przed samą Krynicą Morską dotychczasowy szuter zmienia się w gładziutką, żywiczną drogę. Rowery płyną! Sama Krynica pięknem nie grzeszy, zwłaszcza część od strony Zalewu Wiślanego. Wciąż jak dawniej główną atrakcją są tam wesołe miasteczko – szczyt nadmuchanego kiczu i wielki plac, po którym co chwila sunie jakiś samochodzik z dzieciakiem w środku. Jest też mała przystań jachtowa. 

Plaża w Krynicy jest za to przepiękna! Szeroka, z drobnym, białym piaseczkiem... oczywiście pod warunkiem, że jest się na niej we wrześniu i tego widoku nie zaburzy stado turystów leżących ręcznik w ręcznik, a raczej parawan w parawan... 

rodzinka na rowerach
Nie męczcie mnie już!

Do Sztutowa wracamy tą samą trasa (inaczej się nie da), ale idzie już znacznie szybciej. Po dotarciu oznajmiamy Księżuniowi, że przejechał  43km. Pierwszy raz w swoim życiu. Jest okropnie zmęczony, co oczywiście wykrzykuje nam prawie ze łzami w oczach dodając, że to (jak zwykle) nasza wina, ale ostatecznie siada odpocząć na ławce i widzę, że jest z siebie dumny... My też jesteśmy. Żeby jednak nie było zbyt pięknie z przyczepki rowerowej wyskakuje wtedy Klara i widząc nas padniętych  stwierdza, że ona też się zmęczyła... na co Tymon, zazdrosny o tę nieszczęsną przyczepkę, skacze jej do gardła... 

I tym sposobem płynnie przechodzimy w tryb „dzień jak co dzień”. Cyrk na Kółkach nie może przecież wypaść z rytmu!

Komentarze

Popularne posty